Moje ulubione pytanie. Zadawane z nieodłącznym wytrzeszczem oczu i oczekiwaniem usprawiedliwienia w postaci połączonych sił zderzenia dwóch tramwajów, samobójczego zamachu w autobusie i rozładowanego akumulatora w aucie sąsiada. Uwielbiam kiedy pytający odchodzi bez słowa po usłyszeniu mojego beztroskiego "tak". Wiem, jestem przypadkiem dość ekstremalnym jak na nasz piękny kraj i jego ultrakonserwatywnych mieszkańców. O ile ten konserwatyzm w kwestiach, powiedzmy, światopoglądowych nie jest jakoś straszliwie dominujący, o tyle w kwestiach pogodowo-zdrowotno-rowerowych jest wręcz przerażający! Jakieś 97% współobywateli nie zna pojęcia spodni przeciwdeszczowych (kurtki są lepiej znane, choć i tak głównie z samej nazwy), oświetlenie rowerowe nadal widzi w formie karbidówek, a zimno utożsamia z pierwszym symptomem grypy, więc człowieka, który przez deszcz zwany przez Maję Popielarską "ulewnym" jedzie o wpół do ósmej rano do roboty na rowerze uważa, delikatnie mówiąc, za wariata. Rower dla nich kończy się najdalej z nadejściem czasu zimowego, z którym łączy się kolejny powód dla codziennej nie-jazdy rowerem.
Nie boisz się jeździć po ciemku?!?
Ani trochę. Lubię jeździć rowerem po zmroku. I to zdecydowanie bardziej niż chodzić czy korzystać z komunikacji miejskiej. Bo jest, o ironio, bezpieczniej. Jadąc rowerem, na przykład, nie ryzykujesz spotkania z gustownie ubranymi i ostrzyżonymi roszczeniowymi typami z gatunku "daj zeta, kurwa", "daj szluga, kurwa" czy "daj komórę, kurwa" (w Krakowie obowiązuje też wariacja, w której słowo "daj" zastępuje się słowem "pożycz"). Ale akurat tym nikt się jakoś nie przejmuje. Wszyscy za to boją się najgorszego zła wcielonego, nieprzewidywalnego i nieludzkiego, którego imienia nie chcą nieraz nawet wymawiać (bo zwykle sami nim są). Kierowców. Wiedzą, że "te auta" na pewno nie zauważą, rozjadą, uciekną i w ogóle! To "w ogóle" jest najgorsze bo trudno się do niego w jakikolwiek sposób ustosunkować, a jak nie wiesz jak z "wogólem" sobie poradzić to znaczy, że cię zabije. Tak samo trudno jest mądrze odpowiedzieć na pytanie "a co jeśli akurat cię trafi zapieprzający 120 na godzinę, pijany i naćpany kierowca z kurzą ślepotą i refleksem poławiacza ślimaków?". Cóż, wielu o wiele bardziej prawdopodobnych zagrożeń na codzień wcale nie dostrzegamy. Dziwne, że ludzie w ogóle nie boją się wsiadać do samochodów, a przecież codziennie na drogach ginie w wypadkach średnio kilkanaście osób. A wiadomo, że jak ktoś ma pecha to mu w drewnianym kościele... itd. A zresztą... w najbardziej beznadziejnych sytuacjach nieźle się sprawdza stare, dobre "no risk, no fun".
Nieraz dochodzi i do kumulacji, tj. jazdy po zmroku w deszczu. Reakcje ludzi na to mogą być tematem na niezłą pracę doktorską.
I można im powtarzać, że miliony ludzi w krajach bardziej deszczowych, zimnych i nienasłonecznionych, a oddalonych od nas o góra godzinę lotu, z takich dupereli żadnej filozofii nie robią. Po prostu wsiadają na rower... "Ale my nie jesteśmy Holandią/Danią/Niemcami/Szwecją!" No tak, nie da się z tym nie zgodzić. Tylko co z tego? Czy u nich obowiązują inne prawa fizyki, a ludzie codziennie wpieprzają gumijagody na deser? Czy może to fakt, że tam człowiek bez wykształcenia na zmywaku zarabia tyle, co moje szefostwo ma od razu oznaczać, że w każdej dziedzinie musimy być od nich gorsi?
Pokutuje też tzw. "wiedza powszechna", w wielu przypadkach tożsama z opisywanym już kiedyś "Teoretyzmem Cyklizmu". Powszechnie wiadomo, że jazda na rowerze w deszczu powoduje zapalenie płuc, a wszyscy rowerzyści w nocy stają się niewidzialni, choć pozostają nieprzenikalni dla kierowców. Powszechnie wiadomo też, że rower to rozrywka letnia, a nie całoroczny środek transportu. I że jazda na mrozie to murowany reumatyzm na starość. Nasz naród starannie pielęgnuje tradycję znania się na wszystkim niezależnie od rzeczywistych argumentów. W ramach narodowej tradycji babcie wciąż tuczą wnuki, mimo że wojna ani głód w najbliższym czasie nam nie grozi ("ale na wszelki wypadek przecież nie zaszkodzi"), rodzice trzymają dzieci pod ciepłym kloszem, do szkoły wożą autem "żeby czegoś nie złapały", a wszyscy równo unikają zimna jak ognia piekielnego. Efekt to obok dramatycznie rosnącego odsetka ludzi otyłych, wręcz wzrost liczby zachorowań na najróżniejsze choroby i postępujące włączanie antybiotyków do tradycyjnej kuchni polskiej. I świetny biznes dla firm farmaceutycznych. Ja akurat wyznaję zasadę, że organ nieużywany zanika, wobec czego odporność też należy trenować. I jakoś (odpukać), mimo ciągłego rzucania nowych wyzwań swojemu układowi immunologicznemu, ciągle się bronię, a i stawy mnie nie bolą. Gumijagody, a może spisek, he?
No dobra, co bardziej rozgarnięci pytają jaka to przyjemność jeździć w deszczu, mrozie czy po ciemku. A właśnie, o gustach się nie dyskutuje, więc nie ma co się wdawać w dyskusję. Ja lubię, ty nie lubisz, nie ma co kombinować dalej.
Co lubię w tym ja? Wiele rzeczy. W letnim deszczu uwielbiam przede wszystkim jego chłód. W jesiennym najbardziej lubię sam fakt pokazania wała pogodzie. Ty se lejesz, a ja i tak jadę! Kierowcy stoją w korku, a ja i tak jadę! Piesi mokną i marzną na przystankach, a ja i tak... Jak wspomniałem, nie moknę i nie marznę. Fakt, w jesiennym deszczu nie jeżdżę raczej na przejażdżki "rekreacyjne" ale jazda "komunikacyjna", z punktu A do punktu B nie jest dla mnie żadną, ale to absolutnie żadną niedogodnością. Kwestia tylko wspomnianego ubioru i dobrych butów.
Po ciemku jest w ogóle zajebiście, gra świateł i cieni mnie zawsze intrygowała, mniejszy ruch (o tej porze roku jednak i tak trzeba na to poczekać ciut dłużej) to więcej ciszy, a zawsze miasto nocą jest ciekawsze niż za dnia. Elementem "obiektywnym" jest dodatkowo jeden drobiazg - gdybym nie jeździł po ciemku to bym był każdego tygodnia zmuszony do pięciodniowej rowerowej abstynencji. Cóż, uroki niebycia bezrobotnym... Na mróz i jego ostre powietrze, z kolei, już po prostu nie mogę się doczekać. Zima to generalnie okres zabawy - mniej lub bardziej kontrolowane uślizgi, pełna koncentracja, jazda z dreszczykiem oraz trening techniki, wyobraźni i refleksu. Każdemu z powyższych przypadków towarzyszy oczywiście swoisty akt przekory wobec społeczeństwa i jego "wiedzy powszechnej", a i poniekąd wobec siebie samego. Cieszy mnie też, że pomimo widocznej niepogody i wcześnie zapadających ciemności, nie jestem jednak sam na ulicach. Ciągle jeżdżą jeszcze i inne osobniki, z zamiłowania lub konieczności mające za nic powszechnie znane zagrożenia. 3% żyje i ma się dobrze!
Na zachętę dla wszystkich, kilka zdjęć z nocnych jazd:
P.S. Jak ktoś miałby ochotę pojeździć wieczorem/nocą po Kato to niech pisze, jazda samemu jest fajna, ale trzeba pamiętać, że lepsze jest wrogiem dobrego ;)
Nie boisz się jeździć po ciemku?!?
Ani trochę. Lubię jeździć rowerem po zmroku. I to zdecydowanie bardziej niż chodzić czy korzystać z komunikacji miejskiej. Bo jest, o ironio, bezpieczniej. Jadąc rowerem, na przykład, nie ryzykujesz spotkania z gustownie ubranymi i ostrzyżonymi roszczeniowymi typami z gatunku "daj zeta, kurwa", "daj szluga, kurwa" czy "daj komórę, kurwa" (w Krakowie obowiązuje też wariacja, w której słowo "daj" zastępuje się słowem "pożycz"). Ale akurat tym nikt się jakoś nie przejmuje. Wszyscy za to boją się najgorszego zła wcielonego, nieprzewidywalnego i nieludzkiego, którego imienia nie chcą nieraz nawet wymawiać (bo zwykle sami nim są). Kierowców. Wiedzą, że "te auta" na pewno nie zauważą, rozjadą, uciekną i w ogóle! To "w ogóle" jest najgorsze bo trudno się do niego w jakikolwiek sposób ustosunkować, a jak nie wiesz jak z "wogólem" sobie poradzić to znaczy, że cię zabije. Tak samo trudno jest mądrze odpowiedzieć na pytanie "a co jeśli akurat cię trafi zapieprzający 120 na godzinę, pijany i naćpany kierowca z kurzą ślepotą i refleksem poławiacza ślimaków?". Cóż, wielu o wiele bardziej prawdopodobnych zagrożeń na codzień wcale nie dostrzegamy. Dziwne, że ludzie w ogóle nie boją się wsiadać do samochodów, a przecież codziennie na drogach ginie w wypadkach średnio kilkanaście osób. A wiadomo, że jak ktoś ma pecha to mu w drewnianym kościele... itd. A zresztą... w najbardziej beznadziejnych sytuacjach nieźle się sprawdza stare, dobre "no risk, no fun".
Nieraz dochodzi i do kumulacji, tj. jazdy po zmroku w deszczu. Reakcje ludzi na to mogą być tematem na niezłą pracę doktorską.
I można im powtarzać, że miliony ludzi w krajach bardziej deszczowych, zimnych i nienasłonecznionych, a oddalonych od nas o góra godzinę lotu, z takich dupereli żadnej filozofii nie robią. Po prostu wsiadają na rower... "Ale my nie jesteśmy Holandią/Danią/Niemcami/Szwecją!" No tak, nie da się z tym nie zgodzić. Tylko co z tego? Czy u nich obowiązują inne prawa fizyki, a ludzie codziennie wpieprzają gumijagody na deser? Czy może to fakt, że tam człowiek bez wykształcenia na zmywaku zarabia tyle, co moje szefostwo ma od razu oznaczać, że w każdej dziedzinie musimy być od nich gorsi?
Pokutuje też tzw. "wiedza powszechna", w wielu przypadkach tożsama z opisywanym już kiedyś "Teoretyzmem Cyklizmu". Powszechnie wiadomo, że jazda na rowerze w deszczu powoduje zapalenie płuc, a wszyscy rowerzyści w nocy stają się niewidzialni, choć pozostają nieprzenikalni dla kierowców. Powszechnie wiadomo też, że rower to rozrywka letnia, a nie całoroczny środek transportu. I że jazda na mrozie to murowany reumatyzm na starość. Nasz naród starannie pielęgnuje tradycję znania się na wszystkim niezależnie od rzeczywistych argumentów. W ramach narodowej tradycji babcie wciąż tuczą wnuki, mimo że wojna ani głód w najbliższym czasie nam nie grozi ("ale na wszelki wypadek przecież nie zaszkodzi"), rodzice trzymają dzieci pod ciepłym kloszem, do szkoły wożą autem "żeby czegoś nie złapały", a wszyscy równo unikają zimna jak ognia piekielnego. Efekt to obok dramatycznie rosnącego odsetka ludzi otyłych, wręcz wzrost liczby zachorowań na najróżniejsze choroby i postępujące włączanie antybiotyków do tradycyjnej kuchni polskiej. I świetny biznes dla firm farmaceutycznych. Ja akurat wyznaję zasadę, że organ nieużywany zanika, wobec czego odporność też należy trenować. I jakoś (odpukać), mimo ciągłego rzucania nowych wyzwań swojemu układowi immunologicznemu, ciągle się bronię, a i stawy mnie nie bolą. Gumijagody, a może spisek, he?
No dobra, co bardziej rozgarnięci pytają jaka to przyjemność jeździć w deszczu, mrozie czy po ciemku. A właśnie, o gustach się nie dyskutuje, więc nie ma co się wdawać w dyskusję. Ja lubię, ty nie lubisz, nie ma co kombinować dalej.
Co lubię w tym ja? Wiele rzeczy. W letnim deszczu uwielbiam przede wszystkim jego chłód. W jesiennym najbardziej lubię sam fakt pokazania wała pogodzie. Ty se lejesz, a ja i tak jadę! Kierowcy stoją w korku, a ja i tak jadę! Piesi mokną i marzną na przystankach, a ja i tak... Jak wspomniałem, nie moknę i nie marznę. Fakt, w jesiennym deszczu nie jeżdżę raczej na przejażdżki "rekreacyjne" ale jazda "komunikacyjna", z punktu A do punktu B nie jest dla mnie żadną, ale to absolutnie żadną niedogodnością. Kwestia tylko wspomnianego ubioru i dobrych butów.
Po ciemku jest w ogóle zajebiście, gra świateł i cieni mnie zawsze intrygowała, mniejszy ruch (o tej porze roku jednak i tak trzeba na to poczekać ciut dłużej) to więcej ciszy, a zawsze miasto nocą jest ciekawsze niż za dnia. Elementem "obiektywnym" jest dodatkowo jeden drobiazg - gdybym nie jeździł po ciemku to bym był każdego tygodnia zmuszony do pięciodniowej rowerowej abstynencji. Cóż, uroki niebycia bezrobotnym... Na mróz i jego ostre powietrze, z kolei, już po prostu nie mogę się doczekać. Zima to generalnie okres zabawy - mniej lub bardziej kontrolowane uślizgi, pełna koncentracja, jazda z dreszczykiem oraz trening techniki, wyobraźni i refleksu. Każdemu z powyższych przypadków towarzyszy oczywiście swoisty akt przekory wobec społeczeństwa i jego "wiedzy powszechnej", a i poniekąd wobec siebie samego. Cieszy mnie też, że pomimo widocznej niepogody i wcześnie zapadających ciemności, nie jestem jednak sam na ulicach. Ciągle jeżdżą jeszcze i inne osobniki, z zamiłowania lub konieczności mające za nic powszechnie znane zagrożenia. 3% żyje i ma się dobrze!
Na zachętę dla wszystkich, kilka zdjęć z nocnych jazd:
P.S. Jak ktoś miałby ochotę pojeździć wieczorem/nocą po Kato to niech pisze, jazda samemu jest fajna, ale trzeba pamiętać, że lepsze jest wrogiem dobrego ;)